CheEvara na rowerze

Kategorie: Wszystkie | CheEvara w Hiszpanii | Galeryja | Lajf | O mua | bajk | politik kills
RSS
środa, 16 marca 2011
Jedzie Cze, jedzie!

Wiem, kurde nypel, WIEMMMM! Nie było mnie, nie ma mnie, zarobiona jestem! Jak mnie tu nie ma, to nie znaczy, że mnie nie ma w ogóle, bo jestem na bajkstatsie i po częstotliwości wpisów tam można dociec, w której kolejności odśnieżania jest Che na bloxie, mimo że tu na rowerze i tam na rowerze… Ale tam mam TABELKIE, gdzie se wpiszę połknięte kilometry, a tu nie!


Teraz to już zupełnie sobie życie podporządkowałam rowerowi, wykupiłam bowiem cały sezon startowy na Mazovii i zamierzam prześcigać się caaaaaaaałą wiosnę i lato. No i właśnie przygotowania do tegóż uniemożliwiają mi jakiekolwiek tworzenie tu, ku uciesze gawiedzi. I jak nie treningi spinningowe pod dachem, to w terenie z masakryczną przewagą walki w strefie beztlenowej. Wracam z czegoś takiego spompowana do tego stopnia, że jak już kładę się do wyra i otwieram książkę, to jestem w stanie tylko zawiesić gały na literach, przegapić się tak kwadrans, nie PRZECZYTAĆ de facto ani słowa i odpaść. Nie te kurna lata już. Zachciało mi się ścigania w wieku, kiedy większość kolarzy raczy odejść z godnością ze sportu.

 

Ściganie zaczęłam od Mazovii w Józefowie (na pierwszy maraton w edycji zimowej ZASPAŁAM:D. Są tacy, a właściwie jeden taki, który twierdzi, że nie zna nikogo, kto by zaspał na maraton:D), całkiem jestem z siebie ZADOWOLNIONA, bo młócąc tymi moimi krótkimi szkitami, prześcignęłam niejednego lansiarza na karbonie (i być może plejstocenie) w pięknych firmowych trykotach i choć startowałam z najgorszego, dziesiątego sektora, pełnego maruderów i świeżaków wywalczyłam sobie start w Mrozach z pier-wsze-go. I jak w Józefowie do najniższego miejsca na pudle zabrakło mi dwóch oczek, bo w swojej kategorii wiekowej byłam piąta, tak myślę, że dzięki pierwszemu sektorkowi wrócę z Mrozów z pucharem. I z takim ukontentowaniem z siebie, o jakim marzę. Bo do roweru nie mam nic – tym bardziej, że wagowo Centurion na razie nie wypada wstrząsająco – nosi jeszcze zimowy napęd, co sprawia, że ma 3 masakryczne kilo nadwagi. A mimo to DAŁ SKUBANIEC RADĘ.

 

Prawdą jest najwidoczniej, że to nóżka musi podawać i sam lekki rower, napędy na iks-te-erze to jeszcze nie wszystko.

 

Od dzisiaj mam w empetrójce cztery giga oklasków dla CheEvary, minutę skandowania mojej ksywy i to powinno pomóc mi przeżyć każdy codzienny trening. Każdą jazdę z wiatrem w mordę.

 

Aaaaaale. Widzę się jeszcze na etapowcu u Golonki – tygodniowym rajdzie po dzikich ostępach Karpat - i jak tylko dostanę wieści, że na południu białe kupsko raczyło już spłynąć, w każdy niemazoviowy weekend pakuję rower i napierniczam katować się po prawdziwych górach, a nie tylko tych wyimaginowanych na spinningu, czy po tych, pożal się Panie Bo…brze, lekutkich stolicznych podjazdach, które w ramach szlifowania formy muszę siekać po kilkanaście razy jeden i ten sam!

Acz tereny Mazowieckiego Parku Krajobrazowego to takie Podbeskidzie bym rzekła. Było parę wzniesień, którym z Centim nie daliśmy rady! Tyle, że w tygodniu to ja nie mam szans tam uderzyć.

 

Tjaaaaaa. Ściganko.

 

To jest mój fokus na ten rok.

 

 

Tagi: Centurion Grzegorz Golonko Józefów maraton Mazovia mtb mtb
10:56, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 lutego 2011
Tiru riru, zastępczy tytuł, tiru riru

 

W sumie powinnam posiadać klimatycznego doła, no bo mimo mrozu było już tak wiosennie, a tu wzięło i się zesrało, yyyy, chciałam napisać, ZABIELIŁO. Wczoraj wieczorem dwie godziny restaurowałam rower, żeby mu jajeczka wymyć. I pod jajeczkami też. Oczywiście, jak już całe szejset trzy kilo brei od niego odpadło.

W następny weekend jadę w góry podpalić bacówkę najważniejszego przepowiadającego pogodę gazdy, bo to są jakieś lekutkie żarty z tym opadem. A jak to nie pomoże (a nawet jeśli pomoże, to i tak zrobię to, ot, na wszelki wypadek) wezmę z domu te wszystkie słoiki z benzyną, w których kąpią się łańcuchi rowerowe i podpalę drzwi obrotowe siedziby IMGW.

 

Chociaż, przydałoby się, żeby na józefowskiej Mazovii, marca dnia szóstego, śniegu było ździebko. ALE TO ZAWSZE WZOREM GÓRALI, można tego białego gówna (sztucznego, białego gówna) do lasu nawieźć, nie? Tak to widzę.

 

 

Powinnam też PRZYNAJMNIEJ pierdolnąć pięścią w stół, a raczej w mebel zwany głową własną, bo znalazłam dziś – uwaga, będę INTONOWAĆ – pieeeeerwszy siwy włos na swojej paleeeee... Uznałam to za prowokację, eksperyment oraz zjawisko nadprzyrodzone, złożyłam (na osiem razy) oświadczenie, że ja się na to absolutnie NIE ZGADZAM przed kurna wata, czydziestym życia rokiem i wziąwszy się pod boki, nadęłam wkierwiona policzki! No kurde ebelelele!

FOCH!!

 

 

A tak w ogóle to bym se poszła na jakiś koncert z gatunku REGIE.

 

 

Tagi: Centurion Reggae rower zima na rowerze
16:08, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lutego 2011
Ni ma, ni ma treści na blogasku...

 

A byłyby, gdyby do życia mego raczyli wstąpić dwumetrowi Murzyni, albo CHOCIAŻ Michael Raymond-James z serialu „Terriers” (Matko Bosko Gromniczno, temu FACETU brakuje jedynie roweru do tego, by być ideałem mym!!). Ale nie, nic takiego się nie wydarzyło, wujek z Arabii Saudyjskiej ciągle nie wie o moim istnieniu, także co mi pozostaje? Obrabiam swoją grządkę i chlipię w rękaw.

 

Narzuciłam sobie taki rygor z tymi treningami terenowo-spinningowymi, że owszem uciekły mi 4 kilogramosy, ale po powrocie do domu, jestem tak samo przytomna i zdolna do czegokolwiek jak o godzinie 3:54 nad ranem. ZEWŁOK. Rano podobnie, o czym niech świadczy nabicie któregoś dnia ekspresu do kawy jakąś przyprawą do zupy. Dwa dni mi potem w chacie JARZYNÓWKĄ jebało!

 

 

Nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale jest piątek, a ja nie myślę o piciu piwa. Od tego walnięcia przez samochód, strasznie poprzestawiało mi się na pofałdowaniach.

 

Koniec świata!

 

 

17:18, che_evara , Lajf
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 lutego 2011
Macie już te najnowsze ksantenowe restruktrono-destabilizujące emitery zenonowe?

 

 

Prawda jest taka, że nie mam za wiele do powiedzenia, ale bardzo chciałam to ogłosić. Jeśli nie piszę na bloxie, na pewno bazgrzę o tu: cheevara.bikestats.pl i na sto procencików o wiele bardziej regularnie niż tu.

 

W niedzielę TRZASŁ mnie samochód, Centek jutro jedzie na rowerowy OIOM, mnie boli wszystko i ogólnie rzecz biorąc chcę na wakacje, na materacyk, poleżeć ze dwa dni. Nie bardzo więc mię się chce pisać tu, co mi chodzi po fałdach na mózgu.

 

Ale mam wrażenie, że jakby wiosna już, prawda? Wszystko, co odbywa się w pierwszym półroczu i nie jest jebanym styczniem jest już wiosną.

 

I niech Was ręca boska broni przysiadać do zapoznania się z tak gównianym obrazem jak „Turysta” z mistrzynią jednej miny Andżelynom i rozczarowującym mocno Dżonym. Jaki to jest oleisty flak i gniot, to niech mnie korniki napoczną. Znaczy się, jak macie nudne życie, to nie pozbawiajcie się schematów i oglądajcie, śmiało. Ale ja to pierdolnęłam pięścią w siną dal i tam też posłałam ten film. Wiem, że to rimejk, ale zaprawdę rzeczę ja, bardziej rozerwałabym się w kocim sraczu.

 

Za to chciałabym choć w trzech setnych PROMILA mieć tyle uroku (urody, kurrrrrrrna też) co Natalie Portman w „Black Swan” i tyle charyzmy, co Geoffrey Rush w „The King' Speech”. Swoją drogą, chciałabym puścić pawia na tę tępą, wielce kreatywną mózgownicę za polski tytuł tego filmu - „Jak zostać królem”. NO NIE NO, KUŹWA, czuję się jak Bolec z „Chłopaki nie płaczą”, słyszący dzieło muzyczne pt. WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ.

Bo jasne, że kurna, JAK ZOSTAĆ KRÓLEM. Wielkie mi odkrycie, że jak zostać królem. Jasne, kurwa, że wszystko może się zdarzyć!

 

No.

----------

Ciekawam, kto wie, skąd wzięłam tytuł do tejże noty. A kto wie bez GUGLANIA. Ha!

 

 

 

 

 

 

 

 

13:27, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Dziś chcę wiosny, chcę truskawek i krótkich gaci rowerowychhhh

To, że nic nowego u Che nie ma znaczenia jak scenariusz filmu porno, hahahaha. Touche! Fakt, że w sumie (w wieeeeelkiej SUMIE) wszystko git miałby większe znaczenie, gdybym nie musiała wyliczać tu pewnych odpiątkowych fakapów – bo oto w piątek jakiś parch i człon kozi spuścił mi powietrze z Centka, który teraz parkuję w robocie na klatce schodowej u wejścia do garażu. Kogo to żkurwa boli, nie umiem tego ogarnąć. Najwidoczniej za krótka jestem, żeby pojąć to kurestwo. Zdarzy się to jeszcze raz, a sram na całą budynkową administrację i wpieprzam się z rowerem, który dumnie będę obok kompa parkować. Błoto, nie błoto, deszcze, nie deszcze JEBIE MNIE TO.

Wentyl był odkręcony, dla pewności jednak dętkę zmieniłam (wstępne, namiejscowe napompowanie nic nie wykazało, w domu STARODAWNĄ METODĄ PODWODNĄ tak samo, bardzo chciałabym dorwać tego chujka. Święty Mikołaju, pomożesz??

 

 

 

No a z kolei dziś wpadam do roboty, a moje biurkowe słuchafony (warte całego stówaka) ZŁAMANE. No nawet niczym nie pierdolnęłam ze złości, tak mnie zatkało. Sama już nie wiem, albo ktoś ma moją laleczkę łubudubu wudu i nakłuwa je największymi dostępnymi na rynku igłami albo wszechświat stara mi się coś powiedzieć. Nie wiem, może mam się nacierać w lędźwiach trawą cytrynową albo tygrysim koprem. Albo to niekorzystny biomet jakiś i niesprzyjający waniliowy czakram.

 

 

 

No i postanowienie odweekendowe jest takie, żeby nie pić w knajpach lanego z beczek piwa, i to na dodatek w knajpie pseudoreggae'owej, która kiedyś zwała się Dobrą Karmą, a teraz Miastem. No sobotnie granie miało tyle wspólnego z reggae, co ja z toną złota, którą prezydentowa Tunezji zechciała wywieźć. Tamtejsze piwo z PIWEM, PANEM PIWEM tyle samo.

 

JAKIEGO JA MIAŁAM KURNA WCZORAJ KACAAAAAAAAAAAAAA!!!

 

Dokładnie takiego, że nie mogłam go NIE rozjeździć na rowerze. Formy życia wczoraj nie miałam, ale dałam radę pokręcić i w terenie i wieczorem na spinningu. Ale nigdy, kurna blaszka falista, WIENCY tych podrabianych, rozcieńczanych szczochów!

 

 

Zaktywizowałam się na bikestatsie, swoją drogą NIE MAM POJĘCIA, czemu dopiero teraz, a nie od samego początku dociskania zadu do Centurionowego siodełka. Ne wem!

 

 

Tagi: bikestats Centurion
15:44, che_evara , bajk
Link Komentarze (4) »
wtorek, 11 stycznia 2011
Co to ja, kurna, chciałam?

 


A to chciałam, że tak się pakowałam na dzisiejszy spinning, że nie mam połowy rzeczy na ten pieprzony trening. Dobrze, że roweru nie trzeba ze sobą targać, bo pewnie bym o nim zapomniała.
Na razie testuję chyba wszystkich możliwych prowadzących zajęcia w Wawie i nikt mnie nie podjarał jakoś szczególnie. To chodzę i szukam dalej. Bo ja muszę czuć „paszyn”, a nie tylko mus odbębnienia zajęć.

 

 

Nie pytał o mnie żaden saudyjski multimiliarder? Nie prosił, żeby przekazać mi te parę zer, które czynią go MULTI? Nie? Szkoda, kurka wodna.

 

Tak sem dziś rano pomyślała, że ja na miejscu stolicznych urzędników odpowiedzialnych za rowerową infrastrukturę (o ile w ogóle mamy taką komórkę w naszym dzielnym ratuszu, w co bardzo wątpię), każdego roku, przy okazji tak efektownej odwilży, jaką mamy teraz, odbębniała sukces i akcentowała pojawianie się nowych dróg rowerowych. Co prawda spod pryzm śniegu, ale MYLY PAŃSTWO, zawsze to droga, której (chwilowo) nie było, a teraz, proszę bardzo, jest! I ciesz się, bracie w pedale, siostro w piaście! Póki masz lat siedemnaście (i masz siłę wozić wzdłuż ramy własny szpadl, czy też szpadel i sobie torować traskę).

 

Ile to pieniędzy można by przepić przy okazji takiej fety z okazji [wiem, celowe powtórzenie] odsłonięcia (SIĘ spod śniegu) nowej DDR? Lepiej przepić niż roztrwonić, a stanowczo roztrwonieniem jest posadzenie pana Zenka, żeby nadźgał kostka przy kostce jakiś kawałek dukciku dla chama rowerzysty.

 

Także teeeeegooooo.

...

...

...

Nie pytał o mnie żaden saudyjski multimiliarder? Nie prosił, żeby przekazać mi te parę zer, które czynią go MULTI? Nie? Kurna. Może zapomniał dzisiaj. To zapytam jutro.

 

 

 

Tagi: Centurion DDR droga rowerowa rower
18:24, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 stycznia 2011
Nota pierwsza w nowem roku

 

No i się weszło między nogi temu Nowemu Roku. Jak na razie dość gładko, całkiem bez żadnych postanowień, bo uznałam, że im więcej sobie postanawiałam, tym bardziej dociera do mnie, że jestem do dupy, bo kilku prostych spraw nie potrafię doprowadzić do tak zwanego szczęśliwego zakończenia. Na szczęście teraz moje postanowienia są wyłącznie rowerowe, a mam wrażenie, że tylko na tę działkę mojego życia mam wpływ, zatem tu sobie mogę napostanawiać i nad realizacją tychże postanowień mieć pełną kontrolę. A reszta i tak się – co bym nie robiła – obsra i ciachnie się też.

 

Sylwester w cheevarowym domostwie był prześmieszny, przetaneczny i przetarzany w śniegu (ja na bosaka). Towarzystwo udało mi się przepięknie, wręcz transcendentalnie, mimo że (a może właśnie dzięki niemu!!) Wojciu, największy i najśmieszniejszy bohater imprezy stwierdził– na wieść o tym, że nie kupiłam szampana i nikt z gości też tego szampana nie nabył, więc trudno, najwyżej na sępa do sąsiadów z toastem pójdziem:

ALE ŻYDOSTWO. NIEZŁE GETTO ZAPROSIŁAŚ.

 

Chyba założę mu fanpejdża na fejsbuku.

 

No i jestem na sto procent pewna, że na imprezach, gdzie ja jestem polewającym, wszyscy się nawalą, jeno ja się ostanę taka lekutko tylko trącnięta. A polewam, kurna, uczciwie.

 

 

Mam już dość tygodni poszatkowanych jakimiś świętami, niech no się to już ustabilizuje. Choć wczorajsze święto Trzech Króli spędziłam tak rowerowo, że 6 godzin przepedałowałam na różnych zajęciach spinningowych – co by się rozeznać, kto jak prowadzi – a resztę w terenie. I w terenie przejechałam niecałe 80 kilometrów.

 

 

A dziś taka gołoledź, że trzy razy leżałam. Tym razem aż dwa razy na prawej stronie roweru. Hak przerzutki, kurna blaszka, cały. Moje życzenie na ten weekend, to aby odwilż raczyła sobie pospierdalać do Odwilżowni. Lub też Odwilżlandii. Senkju.

 

 

Tagi: Centurion rower zimą
12:54, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 grudnia 2010
No to... OBY NAM SIĘ, nie?

 

Joł pipol, dżanki stanki!

Wkierwia mnie to, żem ze wszystkim w dramatycznej białej (bo zimowej) dupie, ale naprawdę doby mi nie styka. Dzieje się tyle, że, jasna sraka, no niech mi ktoś odda choć jedną trzecią swojej 24-godzinnicy, a przysięgam, nie zlechmanię jej na spanie – choć to też mam na minusie.

 

Pewnie to mój ostatni wpis w tym roku – a i tak to sukces, żem w ogóle usiadła, by wypluć parę tych słów. Podsumowując, 2010 był nawet grejt, o ile nie brać pod uwagę etapu wrzesień --> koniec roku, bo zjebałam parę rzeczy jak opryszczony leszcz. Na osłodę policzyłam sobie, ile przejechałam w tym roku na mojem szalonem rowerze i wyciągnąwszy mocno niesprawiedliwą średnią, co żem musiała uczynić, bo nie zawsze posiadałam licznik i podstawiwszy do równania dzienne 50 km (bo tyle minimalnie siekam każdego dnia), wyszło mi, że przez 10 miesięcy wykręciłam 15 tysięcy kilometrów, zdarzył się też miesiąc, że robiłam PRZYNAJMNIEJ stówkę dziennie, a bezrowerowych dni było 8, co żem skrupulatnie i ze wstydem odnotowywała w kapowniku, ku swojemu pognębieniu i zamiarowi strącenia się w przepaść. I nie uczynienia tego nigdy więcej. Myślę, że spokojnie mogę przyjąć przejechanie w tym roku prawie siedemnastu tysia kilometrów. I jestem z siebie zajebiście zadowolona mimo, że maratonowo leżałam w tym roku. Kolana, pieprzone kolana.

 

Ale wraz z kupieniem Specowego ściganta, będzie też kupienie pakieciku jakiegoś maratonowego i zainspirowana innym świrem rowerowym zamierzam podejść do jednego z karpackich etapowych wyścigów. Trzeba będzie schudnąć, odbyć serię rzeźni w indoor cyclingu, a potem HEHEHEHEHE stanąć na podium. Się zrobi. Nagram sobie tylko na empetruchę CZTERY GIGA OKLASKÓW DLA CHEEVARY, może pomoże.

 

Choć wiem, że jak się zawezmę, to DAM RADĘ.

 

No i tako.

Mówię: rok 2010, myślę: zajebiste wakacje rowerowe po Słowacji, Austrii i Czechach, czadowy nocny maraton Red Bulll Kwiat Paproci w Trójmieście, koncert Pearl Jam i całe mnóstwo poznanych zajebistych ludzi. Kmiotków jakoś nie zarejestrowałam, albo wyparłam ich z pamięci.

 

Wiem, że 2011 nie będzie dla mnie lepszy na pewno, wiem, bo to co zjebałam pod koniec tego, jeszcze trwającego, ostateczny finał będzie miało pewnie w pierwszym kwartale nowego. Chuj, najwyżej pizgnę wszystko i pojadę parzyć rumianek podstarzałym australijskim burżujom. Przynajmniej tam ciepło będzie i zamiast marnych 50 kilometrów dziennie – jak teraz, bo jest posrana zima – będę wycinać tyle, ile normalnie wiosną, latem i jesienią.

 

Zobaczymy.

 

A Wam wszystkim życzę, co by 2011 miał dla Was promocyjny pakiet pozytywnych rzeczy, pod którymi nie będą kryły się żadne haczyki, za które przyjdzie Wam zabulić. Jeśli mieliście jakiś genialny rok, to niech 2011 będzie dla Was jakieś siedemnaście razy lepszy.

 

Z obrzydliwie rowerowym pozdrowieniem

Wasza Che:)

 

 

12:38, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 grudnia 2010
Mów do mnie tyłem, ja czytam z ruchu cebulek

 

Myly Państwo wybaczOM, ale doba stała się dla mnie zbyt krótka (o jakieś drugie tyle) na to, by pracować, jeździć na rowerze, sprawiać, by mój pierdolec udzielał się innym, fajnym ludziom i jeszcze na to, by robić przygotowania pod zostania gwiazdą. Zaranną. polarną, rozgwiazdą, państwo se odpowiednie zaznaczą, albo właściwe skreślą. A i tak nie zgadniecie.

 

A wszystko to się oczywiście dzieje w tak zwanym jednym i wcale nie w między CZASIE.

 

Najgorsze jest to, że wszystkie wymienione powyżej rzeczy są dla mnie cholernie ważne, padły w bardzo przypadkowej kolejności i ja nie wiem, czy mam ulec rozmnażaniu przez pączkowanie, czy po prostu jebnąć na wszystko sikiem parabolicznie wyoblonym. Bo i tak się ciachnie i tak. ZNAJĄC MOJE NIEWĄTPLIWE SZCZĘŚCIE.

 

Miałam napisać o dziadku, o którym zagaiłam w poprzednim wpisie i miała mi wyjść zabawna dykteryjka, ale anim na razie w dyspozycji czasowej, ani filingu nie posiadam na metrażu. Należy oczywiście dodać, że jak ja piszę na blogu, że coś wrzucę jutro, nie należy się zbytnio przyzwiązywać ani do słowa „coś”, ani tym bardziej do słowa „wrzucę”, a już niechaj Was MatkoBosko spod Kiosku broni brać na poważnie słowo JUTRO.

 

No bo dalibóg, co to ja, Gomułka jestem, żeby Wam cuda obiecywać??

 

A jeszcze gdybym chciała ocenić skalę mojego zaawansowania przygotowań świątecznych, to powiem, że jestem JAK CO ROKU na minusie, w ciemnym dupsku i jak zwykle na tydzień przed świętami nie mam ja kurrrrrwa nic dla nikogo. Także z dnia na dzień staje się to wszystko coraz mniej radosne i komediowe.

Naprawdę, jestem nienauczalną pizdą.

 

Na szczęście, jak wsiadam na rower, to dociera do mnie, że nic nie jest tak ważne jak on.

 

18:23, che_evara , Lajf
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Mikołaju, nie bądź kutwą, czekam do północy!

 

A jak się nie doczekam, to powiem wszystkim dzieciom we WSZYSTKICH bródnowskich przedszkolach, że NIE ISTNIEJESZ!

 

Enyłej.
Dziś wpadłam na pomysła, waldusie, cyce jedne, że zostanę pierwszym na świecie testerem smaku kałuż! Dzisiejsza dostawa spod nieobłotnikowanych kół była słonawa, z lekkim posmakiem błota kantabryjskiego, a przewaga kwasu nad garbnikami dała w efekcie kałużę kanciastą. Na wysokości gmachu Polskiego Radia dostałam po kubkach smakowych bukietem uduszonych czerwonych śliwek i już napisałam do „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, czy może widzieli, może wiedzą, gdzie i o co wycierał sobie opony samochód, po którym pozostał tenże TEJST.

 

Ajć, no PO CO się ociepliło, to ja nie rosumię i w takim nieSroSumieniu pozostanę sobie z chapą rozdziawioną, jeśli szanowny pan, szanowna pani, POZWOLY.

 

 

I zaprawdę powiadam Wam, bracia i siostry, pytajcie swoich rodziców o wszystkie możliwe historie rodzinne, ja w nocy z soboty na niedzielę SPŁAKAŁAM SIĘ ze śmiechu, słuchając bajań o cheevarowych przodkach, które sprzedała mi moja Pani Mama. Wspomnę jedynie o moim dziadku, kolejarzu, który spędził cały dorosły żywot w budynku stacji kolejowej i temat pociągów, pasażerów, biletów, zwrotnic, rozkładów miał prawo wyjść mu każdym bokiem. W sile swego życia dziadek konał już na raka płuc i grzejąc się kiedyś na słońcu, w czym przeszkadzały mu zasuwające nieopodal pociągi wziął i wrzasnął do jednego z nich:

 

 

„ROWER byś se chuju kupił!”.

 

I gdym to ja usłyszała, poczułam się całkiem pełnoprawną wnuczką swojego dziadka.

 

A to tylko jedna z opowieści.

 

Ja zaś uraczyłam moją Panią Mamę opowieścią z własnego życia, traktującą o tym, że jedni spotykają w życiu prezydentów, papieży, gwiazdy sportu, a ja pomagam w drodze pewnemu starszemu panu rowerzyście, a ten okazuje się zwyczajnym świrem z ostrą manią prześladowczą.

Co mi mogła moja Pani Mama rzec/rzeknąć?

 

TAKA KARMA CHYBA.

 

Wcale nie jestem dzięki temu pogodzona z losem.

 

Ale historię dziadka sprzedam Wam jutro!

Z cyklozo-błotnym pozdROWEREM;)

 

16:42, che_evara , bajk
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
następne
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Ostatnie wpisy
  • Jedzie Cze, jedzie!
  • Tiru riru, zastępczy tytuł, ...
  • Ni ma, ni ma treści na ...
  • Macie już te najnowsze ...
  • Dziś chcę wiosny, chcę ...
  • Co to ja, kurna, chciałam?
  • Nota pierwsza w nowem roku
  • No to... OBY NAM SIĘ, nie?
  • Mów do mnie tyłem, ja czytam ...
  • Mikołaju, nie bądź kutwą, ...
Zakładki:
Czytam
Chaciński
Fcuker
Gadzinowski
Korwin Mikke
Loona
Medyczny blog
Radkowiecki
Rowerem po Afryce
Rwanda
Senyszyn
Stec o piłce
Szpitalny blog
Tomasz Łysakowski
Moja obsesja językowa
Maciej Malinowski
Oglądam nałogowo
Whose Line Is It Anyway
Popieram
KREWniacy
Maitri
Słucham
Last.fm
Reggau Jah Jah
Śledzę
Miasta dla rowerów
Strona rowerowa u Zbooya
Tu klikam codziennie
Fundacja Z miłości serc
Habitat
Okruszek
Pajacyk
Polskie serce
Zagaj do mua
Napisz do mnie
Zaglądam
Endrju na Joomli
Ewka, która też bloguje:)
Filmowe opowieści o zwyczajnym szaleństwie;)
FotoWarszawa
Jarek Kuźniar
Koło roweru
Mnie też to wcurvia
Moi hiszpańscy amigos
Nasza-Klasa ssie?
Protagonista
Rowerem wokół stolicy
Rowerkowe porady
Rowerowy blog
Szafa grająca
Wullf
Ziom na poziomie;)
Żona mnie opierniczyła
Tagi
  • Adra
  • Airbike
  • Aktivist
  • Akurat
  • Alcazaba
  • Alicante
  • alice in chains
  • allegro
  • almeria
  • alsa
  • andaluzja
  • autobus
  • bauns
  • Bielecki
  • bikestats
  • Californication
  • camper
  • camping
  • Castell del Ferro
  • Centek
  • Centurion
  • Centurion rower
  • CheEvara
  • Chris Cornell
  • christmas
  • Costa Tropical
  • cycki
  • dancehall
  • DDR
  • Dexter
  • dętka
  • droga rowerowa
  • drzwi
  • dzień kobiet
  • Eddie Vedder
  • El Pilar
  • Euskadi
  • Extrawheel
  • fabiański
  • fitness
  • gentleman
  • gitara
  • Granada
  • Grolsch
  • grunge
  • Grzegorz Golonko
  • Hiszpania
  • hiszpański
  • impreza
  • Józefów
  • Jurecki
  • Kampinos
  • karp
  • Kartagina
  • Katalonia
  • Katey Sagal
  • Koga
  • kolarzówka
  • koncert
  • kraków
  • krew
  • krynica
  • lance armstrong
  • Layne Staley
  • leń
  • Litwa
  • Londyn
  • łańcuch
  • Łąki Łan
  • Macedonia
  • mandala
  • maraton
  • Mazovia
  • Mazovia mtb
  • Mazury
  • mecz
  • Metallica
  • mma
  • Modern Family
  • Motril
  • mróz
  • mtb
  • Mundial
  • Murcja
  • najman
  • napęd
  • nowy rok
  • Opener
  • opera
  • orbitrek
  • pająk
  • palacze
  • para
  • Paryż
  • Pear Jam
  • Pearl Jam
  • Penelope Cruz
  • Pico de Veleta
  • piwo
  • podjazd
  • Policja
  • Polska
  • Pratchett
  • prezent
  • prezenty
  • przyczepka
  • przyczepka Extrawheel
  • pudzian
  • pulsometr
  • pył wulkaniczny
  • reagge
  • Red Bull Kwiat Paproci
  • Reggae
  • ręczna
  • Rioja
  • rower
  • rower w śniegu
  • rower zimą
  • rowerzysta
  • sakwy
  • samolot
  • Saragossa
  • sauna
  • sen
  • serial
  • Sewilla
  • Sierra Nevada
  • sigma
  • skuwacz
  • Slumdog
  • sny
  • Sons of Anarchy
  • Specialized
  • ścieżka rowerowa
  • śnieg
  • święta
  • Telekamery
  • testosteron
  • trening
  • Twierdza Modlin
  • urodziny
  • walka
  • wino
  • wyprawa rowerowa
  • zapach
  • zima
  • zima na rowerze
  • związek
  • żubr
  • życzenia
Ewa Ko

Utwórz swoją wizytówkę
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog